Roponośne spekulacje
by Dariusz Kos “Najwyższy CZAS!” nr. 18-19 z 3-10 maja 2008 roku
Znany bank inwestycyjny Goldman & Sachs zasugerował w swojej opublikowanej niedawno analizie, że ceny ropy naftowej mogą wzrosnąć nawet do 200 dolarów za baryłkę. Wielu Polaków martwi się, iż przed wyjazdem na wakacyjne urlopy będą zmuszeni tankować benzynę i ropę po około 5 złotych. Czy takie przypuszczenia mają sens? Czy rzeczywiście trzeba będzie aż tyle płacić?
Ceny ropy naftowej podniosły się do swojego najwyższego poziomu, dochodząc w poprzednich tygodniach do ponad 119 dolarów za baryłkę. Amerykanie czują tę szpicę ceny, spoglądając na dystrybutor z benzyną, gdy muszą płacić średnio po 3,22 dolara za galon benzyny. Polacy mają podobne do Amerykanów odczucia, choć nas ratuje mocny złoty i słabnący dolar.
Optymizm producentów
Przewidywania Goldman & Sachs, choć sensacyjne, nie mają prawa się ziścić, gdy przyjrzymy się danym.
– Rezerwy ropy naftowej w USA co prawda spadły, jednak rezerwy benzyny są największe od marca 1993 roku – zauważa Tim Evans, analityk transakcji terminowych rynków energetycznych w Citigroup’s Futures Perspective. Światowe wydobycie ropy w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 2,5% i było podobne jak w analogicznym okresie zeszłego roku, podczas gdy zużycie światowe ropy wzrosło w tym samym okresie „jedynie” o 2%. Jednak rafinerie już sygnalizują wzrost przetwarzania ropy – i to wzrost niemały, bowiem w drugim kwartale bieżącego roku, a więc w obecnym, ma on wynieść 3,3% w stosunku do stanu sprzed roku, zaś w trzecim kwartale, czyli w sezonie wakacyjnym, producenci chcą wyprodukować o 4,1% więcej niźli w wakacje rok wcześniej. Tymczasem zapotrzebowanie na paliwa ma wzrosnąć w ciągu najbliższych sześciu miesięcy o zaledwie 1,6% w porównaniu do analogicznego okresu w 2007 roku. Wynika więc z tego, iż przemysł naftowy wydobędzie i wyprodukuje więcej paliw, aniżeli wyniesie na nie popyt. Tak naprawdę więc światowy popyt na ropę i jej pochodne – paliwa – spada, a nie rośnie. Najwięcej zaczęli oszczędzać Amerykanie, którzy kupują mniej benzyny niż rok temu. Według amerykańskiego ekonomisty Johna Kempa z międzynarodowej firmy Sempra Metals, w tegorocznym styczniu zużycie benzyny w USA spadło o 4% w porównaniu do zeszłorocznej zimy. Podobnego zdania jest analityk Tim Evans z Citigroup’s Futures Perspective:
– W Stanach Zjednoczonych popyt na produkty naftowe zaczął spadać od zeszłego lipca. Ciekawy jest fakt, iż spadki popytu w Ameryce zaczęły się zanim ceny ropy na giełdach zaczęły iść ostro w górę i zanim rozpoczął się trend przeciwny w popycie – zauważa.
Mniej paliw potrzebuje też najszybsza gospodarka świata i najludniejsze państwo – Chiny. Jeszcze niedawno gospodarka chińska co roku potrzebowała o 10% więcej ropy. Teraz zapotrzebowanie Chin na paliwa spadło – i to znacznie, bowiem do poziomu 6%. Rośnie przy tym zdolność produkcyjna przemysłu petrochemicznego i wydobywczego. W ostatnich latach podskoczyła z 1,5 miliona baryłek do ponad 3 milionów baryłek dziennie w tym roku. Rosną więc zapasy paliw.
Geopolityczni spekulanci
Dlaczego więc ceny ropy na giełdach wariują? W zeszłym tygodniu Rex Tillerson, prezes koncernu Exxon Mobil, obwinił za galopujące ceny ropy trzy rzeczy: słabnącego dolara, geopolityczną niepewność i zwykłą, zdrową spekulację spowodowaną dwoma pierwszymi czynnikami. W zeszłym roku patrzono z niepokojem na wewnętrzny konflikt w roponośnej Nigerii, spodziewano się wojny między USA a Iranem, no i błazeństwa Hugo Chaveza w Wenezueli także zakłóciły zaopatrzenie w ropę. Jednak większość z tych napięć przycichła w ostatnich miesiącach. Oczywiście zmienia to faktu, że większa część światowej ropy wydobywana jest na terenach niestabilnych politycznie i rządzonych w dziwaczny sposób. Cena ropy naftowej wciąż musi więc obejmować jakiś rodzaj premii za ryzyko.
Jaki efekt wywiera spadający dolar na cenę ropy naftowej? Większość kontraktów na ropę wyrażona jest w dolarach. Wartość dolara od 2002 roku spadła, według danych amerykańskiej Rezerwy Federalnej, o 30 %. Ponadto deficyt budżetowy rządu w Waszyngtonie oraz coraz niższe stopy procentowe w USA napędzają stracha wszelkiej maści inwestorom na rynkach finansowych. Zaczynają więc zabezpieczać się ropą przed niepewną sytuacją – tak jak Polacy za czasów PRL przed działalnością komuny zabezpieczali się, kupując dolary. Według amerykańskich danych, od września 2003 roku liczba zawieranych transakcji terminowych i opcji na kontrakty na giełdach paliw wzrosła o 364%. W tym czasie globalny popyt na ropę naftową wzrósł jedynie 8,2%. Z tych danych wypływa tylko jeden wniosek: spekulacjami ropą banki i najróżniejsze firmy zabezpieczają się przed inflacją i słabnącym dolarem. To w ropie i złocie ludzie zobaczyli spokojną przystań w czasach zawieruchy finansowej.
Pętla się zaciska
Tylko że o ile ceny złota nie wpływają na inflację i kursy walut, to ceny ropy już tak. Im więcej trzeba zapłacić za ropę, tym więcej za wytworzone z niej produkty, a to oznacza wyższe ceny transportu i w efekcie drożyznę wszelkich produktów i usług. To powoduje z kolei wzrost inflacji i w ten sposób „rynki finansowe” same zaciskają na sobie pętlę.
Czy w takim razie ceny spadną? Zapewne tak. Spadający popyt na paliwa musi w końcu spowodować, iż ceny ropy na światowych rynkach zaczną pikować w dół z taką samą szybkością, z jaką dziś się wznoszą. Do tego dojdzie odkrycie nowych terenów roponośnych w bardziej stabilnych politycznie i gospodarczo regionach świata, jak choćby niedawne odkrycie złóż ropy u wybrzeży Brazylii. Ponadto giełdowi spekulanci operujący na rynku opcji na kontrakty w końcu będą chcieli zrealizować swe zyski. Wtedy rynek ropy może okazać się napompowaną bańką, która pęknie tak samo jak pękła bańka internetowych „dotcomów” na początku wieku.
Możemy więc w przyszłość patrzeć spokojnie. Przekleństwo 5 złotych za litr benzyny nam nie grozi.